‹ Wróć na blog

Alchemia obrazu. O przemianie światła, materii i pamięci

Alchemia obrazu. O przemianie światła, materii i pamięci
Czasem myślę, że malowanie ma w sobie coś z alchemii.

Nie tej dawnej, która obiecywała przemianę metalu w złoto. Bardziej interesuje mnie inna transmutacja — taka, która zachodzi naprawdę. Materia przechodzi z jednego stanu w drugi, coś znika, coś pozostaje, coś wraca po czasie w zupełnie nowej postaci.

W obrazie „Obieg światła” ten proces stał się dla mnie wyjątkowo wyraźny.

Punktem wyjścia był pejzaż z moich rodzinnych okolic. Pionowe drzewa, zwarte korony, światło przeciskające się pomiędzy nimi. Na początku obraz był znacznie bardziej kolorowy. Te pierwsze warstwy już mogłyby zostać uznane za skończone malarstwo.

Ale nie czułem, że proces się zakończył.

Zacząłem więc przykrywać to, co już powstało.

Na powierzchnię weszła nowa materia: pigmenty, medium akrylowe i popiół z mojego domowego pieca. Ten sam ogień, który ogrzewa mój dom, pozostawia po sobie popiół, który później trafia do obrazów.

I właśnie tutaj zaczyna się dla mnie coś, co trudno nazwać wyłącznie techniką.

Drewno rosło dzięki światłu. Przez lata wiązało w sobie energię. W ogniu oddało ją jako ciepło i światło. Został popiół — ślad po przemianie.

Potem ten popiół trafia do farby.

Miesza się z pigmentem, wchodzi w impasto, staje się częścią powierzchni obrazu. Przestaje być końcem czegoś spalonego. Zaczyna nowe życie.

I znów spotyka światło.

Światło pada na obraz, zatrzymuje się na krawędziach reliefu, wchodzi w zagłębienia, wydobywa drobne różnice koloru i odbija się w stronę oka.

W pewnym sensie wraca więc tam, skąd wszystko się zaczęło.

Światło przechodzi w drewno. Drewno przechodzi przez ogień. Ogień pozostawia popiół. Popiół przechodzi w obraz. Obraz ponownie zaczyna pracować ze światłem.

Ten obieg bardzo mnie porusza.

Ale przemiana nie zachodzi tylko w materiałach.

Zachodzi również w samym obrazie.

Pierwsze jaskrawe kolory zostały zasłonięte. Nie zniknęły jednak całkowicie. Pozostały pod powierzchnią. Potem zaczęły wracać.

Drapałem kolejne warstwy. Przecierałem je palcami. Przesuwałem materię dłonią. Używałem narzędzi, czasem nawet gwoździa, żeby naruszyć to, co sam wcześniej położyłem.

Każdy taki gest coś zabierał i coś odsłaniał.

To, co pojawiało się ponownie, nie było już tym samym kolorem co wcześniej. Wracało przepuszczone przez kolejną warstwę, przez popiół, przez przypadek i świadomą decyzję, przez kilka dni pracy.

Może właśnie dlatego myślę czasem o płótnie jak o ołtarzu przemiany.

Nie w sensie religijnym.

Raczej jako o miejscu, na którym coś zostaje złożone, przekształcone i oddane z powrotem w innej postaci.

Na płótnie spotykają się materia, ruch ręki, czas, światło i pamięć.

Nie wystarczy sama farba.

Obraz musi przejść przez kolejne stany.

Czasem trzeba zasłonić coś dobrego, żeby mogło powrócić w ciekawszej postaci. Czasem trzeba zniszczyć fragment, który już działa, żeby zobaczyć, co znajduje się pod nim. Czasem trzeba pozwolić, żeby powierzchnia stała się brzydka, ciężka, brutalna.

W zbliżeniu „Obieg światła” rzeczywiście bywa brutalny.

Są tam zadrapania, ostre krawędzie, grudki, rozdarcia powierzchni, miejsca wyglądające niemal jak rany.

A jednak z kilku kroków te same fragmenty zaczynają tworzyć delikatne przejścia, światło i rytm.

To jest jedna z rzeczy, które najbardziej mnie interesują w malowaniu:

delikatność nie zawsze rodzi się z delikatnego gestu.

Czasem powstaje właśnie z tarcia, nacisku, drapania, przykrywania i ponownego odsłaniania.

Obraz pamięta wszystkie te działania, nawet jeśli widz nie może już rozpoznać ich kolejności.

W warstwach zostaje czas.

Zostaje pierwszy pejzaż.

Zostaje kolor, którego prawie nie widać.

Zostaje popiół.

Zostaje ruch dłoni.

Zostaje myśl, która pojawiła się w trakcie pracy i zmieniła kolejną decyzję.

Dlatego coraz mniej interesuje mnie obraz rozumiany jako powierzchnia, którą trzeba „ładnie skończyć”.

Bardziej interesuje mnie obraz jako miejsce przemiany.

Materia dostaje tam kolejne życie.

Popiół nie jest końcem drewna.

Zamalowany kolor nie jest kolorem straconym.

Zadrapanie nie jest wyłącznie uszkodzeniem powierzchni.

Każdy z tych elementów może stać się początkiem następnego etapu.

I może właśnie to jest moja prywatna alchemia.

Nie przemiana metalu w złoto.

Przemiana światła w materię, materii w pamięć, pamięci w gest, a gestu ponownie w światło.

„Obieg światła” jest dla mnie obrazem bardzo osobistym. Dlatego nie chcę go sprzedawać.

Chcę, żeby został w moim domu.

Ale chcę go pokazać, bo bardzo dokładnie mówi o tym, czym stało się dla mnie malowanie.

Nie odtwarzaniem świata.

Nie dekorowaniem płótna.

Lecz świadomym uczestniczeniem w przemianie.

Alchemia obrazu. O przemianie światła, materii i pamięci