‹ Wróć na blog

Przekroczenie. Obraz, którego jeszcze nie pokażę

Przekroczenie

Od mniej więcej dwóch tygodni nosiłem w głowie czerwień.

Nie płomień. Nie kolor ognia w jego najbardziej oczywistej postaci. Raczej ciężką, szlachetną czerwień — niemal bryłę umieszczoną blisko środka płótna. Wiedziałem, że tam będzie. Reszta pozostawała niewyraźna.

Początek obrazu miał swoje źródło w historii, o której niedawno mówiłem w jednym z filmów. Ktoś zabiera z miejsca należącego do bogów coś, czego człowiek wcześniej nie posiadał. Ukrywa to w łodydze rośliny i przenosi na ziemię. Od tego momentu nie można już wrócić do świata sprzed tego wydarzenia.

To wystarczyło.

Nie chciałem ilustrować mitu. Nie interesowała mnie postać bohatera ani malarska rekonstrukcja opowieści. Pozostał jej pierwotny mechanizm: skupienie, przeniesienie i uwolnienie czegoś, co zaczyna działać poza swoim źródłem.

Na początku była więc czerwona masa.

Potem pojawiła się forma przypominająca osłonę łodygi. Później coś, co można było nazwać ogniem, zaczęło rozchodzić się po całym polu obrazu.

Nie pracowałem spontanicznie w znaczeniu całkowitego oddania się przypadkowi. Pracowałem spokojnie. Patrzyłem. Podejmowałem decyzje dotyczące koloru, kierunku, materii i gestu. Jednocześnie pozostawiłem na boku część zasad i technicznych przyzwyczajeń, które zwykle uczestniczą w budowaniu obrazu.

Nie chciałem tym razem niczego rozstrzygać za wszelką cenę.

Nie próbowałem wyznaczać miejsca ważniejszego od innych. Nie szukałem obowiązkowej przeciwwagi dla dominanty. Nie chciałem uspokajać powierzchni tylko dlatego, że tak należałoby zrobić. Nie zamierzałem również działać przeciwko tym zasadom.

Po prostu w pewnym momencie przestałem pytać je o zgodę.

I wtedy ręce dokończyły gest.

Kiedy obraz był już skończony, zobaczyłem coś, czego wcześniej nie planowałem: niezwykłą surowość. Nie ekspresyjny krzyk i nie demonstrację brutalności. Coś znacznie spokojniejszego, a przez to dla mnie bardziej bezwzględnego.

Nie wiem, czy ta brutalność była konieczna.

Wiem tylko, że taka się pojawiła.

Gotowy obraz wywołał we mnie rodzaj szoku. Nie dlatego, że przedstawia coś przerażającego. Zaskoczyło mnie raczej przekroczenie własnej granicy malarskiej — miejsca, do którego wcześniej sam siebie nie dopuszczałem.

Artysta przez lata buduje nie tylko warsztat. Buduje również własny system bezpieczeństwa. Wie, kiedy kolor jest zbyt mocny, kiedy kompozycja zaczyna się rozpadać, kiedy należy zatrzymać rękę. Doświadczenie chroni przed błędem.

Ale doświadczenie może również chronić przed przekroczeniem.

Tym razem obraz przeszedł przez tę granicę.

Nie wiem jeszcze, dokąd to prowadzi.

Ma 120 × 100 cm. Jest namalowany akrylem na płótnie lnianym. W chwili, gdy piszę te słowa, jeszcze schnie.

Na razie go nie pokażę.

Chcę pozostawić przez chwilę osobno sam moment jego powstania — zanim obraz otrzyma tytuł, reprodukcję i własne miejsce w galerii.

Być może jedne z najważniejszych chwil w malarstwie nie zdarzają się wtedy, kiedy artysta wie już, jak namalować obraz.

Zdarzają się wtedy, kiedy gotowy obraz pokazuje mu, że nie wiedział jeszcze wszystkiego o własnym malowaniu.