Masz pytanie?
Wyszukiwarka

Moja opowieść

Rzadko kiedy ludzkie losy układają się w sposób przewidywalny, 
a mój przypadek jest tego potwierdzeniem.
Szczęśliwe dzieciństwo w Nowej Hucie, wakacje na wsi...
Po maturze zdanej w Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie z dyplomem technika konserwatora rzeźby w drewnie..
Byłem i gońcem na posyłki do drukarni i pracownikiem fizycznym przy renowacji zabytków i fotografem i zbieraczem ziemniaków i biznesmenem początku lat 90 tych co to ze sznurka i zakrętki chciał z kolegą biznes reklamowy budować, ale byłem też pracownikiem przy produkcji obuwia jak i wolnym słuchaczem na AGH w Krakowie na wydziale odlewnictwa i kilka innych równie "ciekawych" pomysłów na życie pochłaniało mój czas.
Moje desperackie próby jakiegoś odnalezienia się w tym życiu w końcu zakończyło wojsko, tak mi się wówczas wydawało ...zostałem powołany do zaszczytnego pełnienia funkcji nadstawiania karku za Ojczyznę, byłem zachwycony, ale do chwili...,  gdy tam trafiłem, gdy zobaczyłem to od środka..okazało się, że to nie dla mnie, lepiej jest mi wszędzie ...byle nie tam. Dumnie w mundurze  Wojska Polskiego pomaszerowałem na egzamin ii...zdałem na ASP i  byłem znów  wolny.

Gdy w latach dziewięćdziesiątych studiowałem na Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (ASP), jeden z profesorów  powiedział mi, że jeśli odejdzie się od twórczości, tej artystycznej i wejdzie na inną drogę zdobywania świata i pieniędzy...to już do Świata Sztuki i twórczości się nie wraca, taka ponoć jest reguła...
Ten obecnie już wiekowy i bardzo utytułowany Profesor mówiąc to do mnie przed trzydziestu laty chyba nie wiedział jak mocno te słowa sobie wezmę do serca i jak mocno utkwią w mej pamięci...
Gdy Po ukończeniu renomowanej Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych z dyplomem w dłoni ruszyłem w świat, nie wiedziałem, że ów dyplom nie zapewni mi przysłowiowego chleba ani dachu nad głową...
Pełen wzniosłych marzeń o świecie u mych stóp z wizją pięknego życia pod pachą i z głową nabitą dziesiątkami wyuczonych frazesów i wpojonych cudzych wizji byłem jak zaprogramowana maszynka do realizacji owych - wzniosłości.
Życie szybciutko zweryfikowało te utopijne mrzonki młodego artysty, skutecznie opiłowało pazurki i dało kilka solidnych kopniaków po których siniaki przez lata się goiły. 

Ilu artystów może sobie pozwolić na komfort robienia tego co chcą, komfort  malowania i robienia tego co dyktuje im serce, a nie tylko tego czego domaga się rozum, bo braknie na czynsz i podstawowe sprawunki życiowe.
Gdy młody człowiek, młody artysta wchodzący po studiach w dorosłe życie na własny rachunek, jest nie znany, nie rozpoznawalny, ale tylko on, tylko on wie jak jest "genialny"...to zanim mu ta "genialność" zostanie przez życie przytarta szamocze się, jeden dłużej inny szybciej się otrząsa, są tacy co żyją tą wizją dziesiątki lat i to im się utrwala, potem z tym twórczym mitem jak z garbem wleką się bez tchu, bo świat ich nie rozumie..
Obserwowałem to wśród grona moich przyjaciół i kolegów.
Czasem zdarza się, że przyrodzona pozycja i powiązania rodzinne pomagają na starcie...ale ja na to liczyć nie mogłem. Toteż szybko zrozumiałem, że mając jeszcze na studiach żonę i trójkę dzieci na sukces przetrwania ze sztuki raczej liczyć nie mogłem. Mój wybór był więc prosty.

Dyplom powędrował gdzieś na dno szuflady, a ja zostałem pochłonięty przez wir szaleńczej pogoni za ułudą życia i zdobywania sukcesów...
Moja historia miała różne dość nieoczekiwane zwroty i obfitowała w dziwne przypadki, których natury do dziś nie umiem ustalić, ....trafiłem w 1997 do najlepszej na świecie szkoły projektowania obuwia Ars Sutoria  w Mediolanie gdzie byłem uczniem samego Adriano Lunatiego twórcy włoskiej szkoły projektowania obuwia,pracowałem następnie jako "rasowy" projektant obuwia dla zakładów przemysłu obuwniczego w Polsce...gdy miałem już dość tego całego wielkiego przemysłu, ciągłego użerania się i tak wszędobylskich ludzkich personalnych przepychanek, układów i układzików zakładowych (kto pracował w takich zakładach-firmach wie o czym piszę:),
powiedziałem stop, dość, biorę się za własne życie...i ruszyłem z własnym projektem...projektem ręcznie szytych skórzanych bucików dla dzieci, które nazwałem Gucio ...

Parę lat temu pewne moje publiczne wypowiedzi skierowały mnie w dość dziwne przestrzenie, moje wystąpienia były dla wielu z mych przyjaciół i znajomych tak dziwne i nie do zaakceptowania...że patrzono na mnie jak na dziwoląga:)
Tak czasem bywa, gdy wypowiadane treści godzą w podstawy ogólnie przyjętych schematów społecznych, czy było warto?
Czas zawsze weryfikuje.

To co obecnie na niwie ogólnie pojętej Sztuki prezentuję, możecie Państwo potraktować jako swoistą odskocznię kontrowersyjnego faceta od dziwnych opowieści.
Bo,, co wolno artyście (bądź co bądź patentowanemu) to nie uchodzi biznesmenowi i właścicielowi rozpoznawalnej firmy.

W przestrzeni Sztuki wyobraźnia, nadinterpretacja, czy przesadna ekspresja nie stanowią jakiegoś problemu, wręcz przeciwnie, to w świecie artystów jest swoistą normą.
I ten artystyczny świat jest obecnie mym schronieniem.
W galerii gdzie Państwo obecnie jesteście będę prezentował swoje dokonania artystyczne sprzed kilkudziesięciu lat jak i te obecne.

Przez ponad dwadzieścia lat, do chwili obecnej moim głównym źródłem utrzymania są owe buciki Gucio.
Moja obecna niezależność finansowa pozwala mi na tworzenie nie pod gust ewentualnego odbiorcy-nabywcy, ale tworzenie tego co chcę, tak jak chcę i kiedy chcę.

Oczywiście jest dla mnie wielka radością jeśli się to podoba i Ktoś chce sobie mój obraz zawiesić na ścianie swego mieszkania czy firmy i w jego obecności przebywać.
Ale i tylko to, że zechcecie Państwo tu zajrzeć i odwiedzić moją wystawę on-line jest dla mnie zaszczytem.
Zapraszam do odwiedzenia mojego prywatnego świata - mojej internetowej galerii obrazów.